Ze szczytu na dno

Tak się składa, że ostatni weekend dostarczył tak wiele emocji i nieoczekiwanych rozstrzygnięć, że postanowiłem zrobić krótki przegląd wydarzeń. Oto subiektywny komentarz podsumowujący to, co zaobserwowałem w piłce kilka dni temu, a muszę przyznać już na wstępie, że sporo rzeczy mnie zaintrygowało.

Nie wypada pominąć tu wątku związanego z kryzysem MU. Kilka dni temu wydawało się, że los Jose Mourinho jest już przesądzony. Były hegemon Premier League zaczął mecz z Newcastle koszmarnie. Szybkie 0:2 i niemoc do końca pierwszej części spotkania. Ale po przerwie w graczach z Old Traford nastąpiła jakaś zadziwiająca przemiana. MU wygrał 3:2 po niesamowitej remontadzie.

Już jakiś czas temu pisałem, że kibice Czerwonych Diabłów mogą czuć się zniesmaczeni tym, że ich piłkarze stracili tę wolę walki, która przez wiele lat była nieodłączną częścią gry drużyny Fergusona. MU pod wodzą Szkota walczył do końca niezmordowanie, tę postawę pokazali też piłkarze Mourinho w konfrontacji ze Srokami z St James’ Park i to poskutkowało tym, że Portugalczyk uratował swoją posadę. To taki chichot losu, że zwycięskiego gola strzelił akurat Alexis Sanchez, czyli piłkarz skreślony już niemal przez wszystkich. Po tym meczu można było sobie przypomnieć o słynnym Fergie Time. Tak czy inaczej jeden mecz MU wielką drużyną nie czyni, gracze Mourinho muszą wrócić do najwyższej formy jak najszybciej.

Dla mnie Mourinho to dziś przede wszystkim skrajny frustrat i malkontent, który ma niesamowitą potrzebę psucia relacji ze swoimi piłkarzami. Wywlekanie na forum publiczne brudów z szatni to niezbyt rozważne rozwiązanie. Jednak Portugalczyk ma problemy z piłkarzami od dłuższego czasu. Przecież to on posadził na ławce Casilla w trakcie pracy z drużyną Realu, on doprowadził Edana Hazarda do takiego stanu, że ten swego czasu strzelił jednego gola w sezonie. Wymowne, prawda, dziś Belg zachwyca wszystkich. Teraz Mourinho toczy batalię z Pogbą. Toksyczne relacje łączące menedżera i piłkarzy nie mogą napawać optymizmem, dlatego zostawiam już Manchester United, bo nie warto się pastwić nad tym zasłużonym klubem.

Co się dzieje z Realem?- pytają kibice Królewskich. Wizja perspektywicznej drużyny, której siłę ofensywną będą tworzyć Isco, Asensio, Vazquez zderzyła się z brutalną rzeczywistością. Lopetegui to człowiek demolka. Najpierw doprowadził do tego, że reprezentacja Hiszpanii poniosła klęskę w Rosji, gdy z dnia na dzień zrezygnował z posady selekcjonera, teraz przyczynia się do złej sytuacji Realu w lidze. A wydawało się, ze może być tak pięknie. Niektórzy już pewnie się rozmarzyli po fantastycznym meczu z Romą. W sumie trudno się dziwić, były ku temu powody. Ale ten mecz był wyjątkowy w skali sezonu, po tym spotkaniu schyłek Realu postępował w najlepsze.

Co jest przyczyną problemów Królewskich. Moim zdaniem zmiana polityki władz klubu. F. Perez w ostatniej fazie swoich rządów na Bernabeu nie zadziwia świata wielkimi transferami, a może drużyna cały czas musi przechodzić drobny lifting, może sukcesywnie musi być dołączany nowy element do tej układanki? Vinicius Realu nie zbawi, niewykluczone, że jego kariera będzie układać się tak jak kariera Odegaarda.  Benzema miał w tym sezonie swoje pięć minut, teraz jest jednak w dołku. Nie ma Ronaldo, nie ma też goli, a jakiś czas temu kibice śmiali się, że Real potrafi strzelać gole bez Ronaldo, natomiat Portugalczyk nie jest w stanie zdobyć bramki. Ależ to wszystko się pozmieniało. Jak jeszcze można sobie tłumaczyć kryzys Realu? Może to naturalny proces w funkcjonowaniu drużyny z absolutnego topu, po kilku latach wielkich sukcesów, musi nastąpić mniej wesoły okres.

W Barcelonie również nikt nie ma powodów do radości. Władze klubu i kibice pewnie cieszą się, że Arthur Melo powoli rozwija się na Camp Nou. Nie zmienia to jednak faktu, że Barcelona w większości przypadków może dziś liczyć tylko na  na Leo Messiego, a kibice pewnie ubolewają nad tym, że jego koledzy rzadko są w stanie mu dorównać tak jak w meczu z Tottenhamem.

Po dwóch pierwszych meczach PL Arsenalowi dostało się na moim blogu. Dziś widzę, że zdecydowanie przesadziłem z tą krytyką, ale o Kanonierach napiszę przy innej okazji, oni chcą bowiem wrócić na szczyt, natomiast opisywane tu drużyny z tego szczytu właśnie się zsuwają. Aha, mam dość litości, by nie pastwić się już nad Bayernem. W ostatnim czasie po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że jeśli Bawarczycy będą chcieli straszyć swoich rywali Riberym i Robbenem, to Europy w ten sposób nie zwojują

About Bartłomiej Najtkowski