Z czym do Europy?

Za nami faza pucharowa ligi europejskiej pod patronatem UEFA. My pełni nadziei i optymizmu spoglądaliśmy na naszych reprezentantów licząc, że zdołamy osiągnąć bardzo dobry rezultat. Wszak po raz pierwszy po reformie w tych rozgrywkach startowały dwie polskie ekipy. Niestety nie zawsze ilość przekłada się w jakość o czym boleśnie przekonaliśmy się podczas tegorocznej edycji.

ih2j9y

Wszystko zaczęło się 17 września 2015. Lech grał z Belenenses a Legia podejmowała Midtjylland. Rywalami polskich drużyn były teoretycznie najsłabsze jedenastki obu grup. Teoretycznie. W praktyce drużyny prowadzone wówczas przez Henninga Berga i Macieja Skorżę miały duży problem aby przechylić szalę na swoją korzyść. Dla Legionistów zadanie okazało się zbyt trudne. Z Danii wicemistrzowie Polski wrócili na tarczy ale wszyscy myśleli że to tylko wypadek przy pracy. I mieli do tego prawo. W poprzednim sezonie Warszawiacy w cuglach wygrali grupę i z pierwszego miejsca awansowali do fazy pucharowej. Nic więc dziwnego że tyle nadziei w nich pokładali polscy kibice. Także skład, zdaniem wielu, był o niebo mocniejszy od zeszłorocznego. Przez wielu uważany nawet za taki z którym mogliby zawalczyć o Ligę Mistrzów. Z niecierpliwością więc wyczekiwaliśmy kolejnego starcia w którym piłkarze Berga potwierdzą klasę a przede wszystkim udowodnią, że te wszystkie fakty wcale nie są przesadzone. Nie lepsze nastroje panowały w obozie Mistrza Polski. Poznaniacy co prawda zamiast kompletu punktów zyskali tylko punkt ale to i tak poniżej oczekiwań KKS, tym bardziej że kolejni rywale byli bardziej wymagającymi przeciwnikami. W drugiej rundzie dwie najlepsze drużyny Ekstraklasy mijającego sezonu  solidarnie przegrały po 2-0. „Kolejorz” uległ FC Basel, szwajcarom którzy na tym etapie rozgrywek zagrali łącznie z Polakami aż 3 – krotnie i tylekroć razy byli górą, natomiast „Wojskowi” na swoim obiekcie ulegli włoskiemu Napoli. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Polskie kluby niezwłocznie potrzebowały punktów aby włączyć się  w walkę o fazę pucharową. Kibice zaś nie dopuszczali do siebie myśli, lub dopuścić nie chcieli, aby rozgrywki miały się skończyć blamażem. W trzeciej rundzie nastąpiło połowiczne przełamanie. Oba zespoły po zmianie trenera zaczęły zdobywać punkty. Legia zremisowała z Club Brugge ale prawdziwą sensację sprawił „Kolejorz”. Poznańska lokomotywa zagrała chyba jeden z najważniejszych meczy sezonu po którym pokonali Fiorentine na włoskiej ziemi 2-1. To miał być impuls dla podopiecznych Jana Urbana w kierunku lepszej a przede wszystkim skuteczniejszej gry. Trener szybko stał się symbolem zwycięstwa, które w ligowych spotkaniach pod wodzą nowego szkoleniowca zdobywali Lechici. Nic więc dziwnego że z niecierpliwością oczekiwaliśmy rewanżu na INEA Stadionie. W porównaniu do pierwszego spotkania drużyna z Florencji wystawiła podstawowy skład. Mimo tego Lechici ambitnie stawiali czoła bardziej doświadczonej drużynie. Brakowało niestety umiejętności. które zaważyły na końcowym wyniku 0-2 na korzyść przyjezdnych. A jak poradzili sobie Legioniści? Można powiedzieć, że grali tak jak do tej pory. Bez wyraźnego progresu ani stylu ulegli belgijskiemu zespołowi 0-1 i coraz pewniejsze było, że ubiegłoroczny sensacyjny zwycięzca grupy nie wyjdzie z fazy grupowej.  Jednak Czerczesow, trener Legionistów dalej wierzył w swoich piłkarzy. Nastąpił w końcu moment przełomowy w jego dość krótkim, póki co, stażu na ławie trenerskiej. Stołeczni pokonali Midtjylland skromnie 1-0 czym przedłużyli matematyczne szanse na awans do fazy 1/16 LE. Podobna sytuacja zastała poznańskiego Kolejorza. Po remisie z Belenenses 0-0, Lech Poznań musiał wygrać ostatni mecz i liczyć na pozytywne wieści z innych stadionów. Chwila prawdy nastała. Najpierw szanse z Napoli spróbowali wykorzystać Legioniści. Nie wiem jak ocenić grę polskiej drużyny. Powiedzieć że była słaba to tak jakby temat przemilczeć. Sam wynik zresztą mówi wszystko. 5 bramek straconych przy 2 zdobytych nie przystoi drużynie która myślami wciąż jest przy LM. Zaś jedna z ostatnich akcji w wykonaniu José María Callejón właściwie zhierarchizowała poziom naszej i europejskiej ligi. Hiszpan z bocznej linii dryblingiem wszedł w pole karne należące do Kuciaka, zabawił się z obrońcami i oddał tak soczysty strzał, że gdyby padła bramka to byłby to gol roku. Legioniści chyba jednak zyskali litość od losu, gdyż piłka została wybita, desperacko ale jednak, przez jednego z Warszawiaków. Lechici nie chcąc być gorsi robili co mogli aby nie awansować do fazy pucharowej. Razili nieskutecznością a to czym zaskakiwali w lidze polskiej zupełnie nie wychodziło w spotkaniu na szczeblu europejskim. FC Basel wygrywając 0-1, po raz czwarty pokazał Polakom, że gry w piłkę to my musimy się jeszcze nauczyć.

b5a708a2a037ed83df9a47aa41c2fa17,35,1 (1)

Szkoda że tak się to skończyło. Odebraliśmy kolejną, solidną lekcję od Europy, która udowodniła nam dlaczego nie możemy awansować do LM. Niestety ale potrafimy spiąć się na jedno, dwa spotkania i pokazać wyżyny umiejętności a potem siadamy i spoczywamy na laurach zastanawiając się czego oni od nas jeszcze chcą. Mankamentem polskich drużyn jest brak regularnych występów na wysokim piłkarskim poziomie. Dopóki nie zainwestujemy w szkolenia, szeroką i równorzędną ławkę, nie możemy myśleć o zdobywaniu kolejnych trofeów. Czasy, w których piłkarze byli przywiązani do barw klubowych, a właściwie uwiązani w jednym kraju ze względu na utrudnioną możliwość swobodnego poruszania się po Europie, się skończyły. Teraz liczy się reklama własnej marki licząc, że ktoś może dostrzeże i zaproponuje wyższy kontrakt. Niestety często traci na tym klub bo zamiast drużynowej gry widzimy jeden góra dwa talenty, które są nieoszlifowane a przez to warte mniej niż niejednemu się wydaje. Samymi chęciami nic dobrego się nie zbuduje aczkolwiek jest to pierwszy krok do lepszego jutra. Zanim ono jednak nastąpi musi przesypać się jeszcze mnóstwa piasku w naszej klepsydrze czasu.