Wywiad z Krzysztofem Bandychem

Już niedługo Vive Tauron Kielce zagra w Final Four piłkarzy ręcznych w Kolonii. W związku z tym, przed deszczem naszych pytań stanął Krzysztof Bandych, dziennikarz nc+ – komentator piłki ręcznej i nożnej. Możemy także zdradzić, że seria wraca do żywych i […]

Już niedługo Vive Tauron Kielce zagra w Final Four piłkarzy ręcznych w Kolonii. W związku z tym, przed deszczem naszych pytań stanął Krzysztof Bandych, dziennikarz nc+ – komentator piłki ręcznej i nożnej. Możemy także zdradzić, że seria wraca do żywych i przynajmniej raz na miesiąc, pojawiać się będzie na naszej stronie wywiad z osobą związaną ze sportem. Zapraszamy do lektury!

źródło: wikipedia.pl

Skąd pomysł na pracę w mediach i dlaczego akurat dziennikarstwo sportowe?
– Z dawnych fascynacji i wielkich marzeń. Jako nastolatek płynąłem na fali, którą w moim rodzinnym mieście wywołał zespół walczący o awans do ekstraklasy. Dla mnie i dla moich kolegów to byli bohaterowie, wiedzieliśmy gdzie mieszkają, jakie mają auta itd. Pamiętam, że kilku z nich w wielkim stylu wjeżdżało na parking pod stadionem maluchami. Ktoś jeździł komunikacją miejską. Rafał Siadaczka miał punto, nosił śmieszną fryzurę niczym Tomas Skuhravy i palił papierosy. Obrońca Janusz Dec wyglądał jak dzisiejsi strongmeni.

Sporo się od tamtej pory zmieniło. Ale to wtedy sport, nie tylko piłka, stał się najważniejszą moją pasją. Zaczynało się dzień od Przeglądu Sportowego i lektury wyników NBA i NHL na telegazecie. Dziś to dziwne, ale wtedy spieraliśmy się z kumplami o szansę poszczególnych drużyn w play off na podstawie tych cyferek z telewizora. W tygodniu mogliśmy obejrzeć co najwyżej krótki skrót jednego meczu, a mimo to czuliśmy się tak jak wytrawni fachowcy. Śmieszne czasy. Nieco później, w liceum dotarło wreszcie do mnie, że nie będę sportowcem, ale wiedziałem, że chcę być blisko sportu. Pierwsze przymiarki do napisania czegoś pod swoim nazwiskiem, pierwsze próby „kopiowania” stylu mistrzów… Potem matura, studia, jakiś staż, współpraca z redakcją, poszerzanie horyzontów, szukanie okazji. Chciałem pracować „w słowach”, jak to mówił JFK (John Fitzgerald Kennedy – przyp. red.). Ideałem była dla mnie praca w gazecie, ale wylądowałem w telewizji.

A jak trafiłeś do nSportu?
– W 2005 roku ogłoszono nabór – niektórzy mówią casting – do mającej powstać redakcji sportowej. ITI chciało stworzyć platformę cyfrową, a jak wiadomo, nie ma platformy bez sportu. Zatem tacy jak ja, musieli spróbować. Wysłane CV, jakieś zdjęcie – pamiętam, że prosili o foto całej sylwetki – i rozmowa z bossem. Potem rok w zamrażarce i ni z tego, ni z owego telefon latem 2006 roku. Pomysł tworzenia platformy jednak będzie realizowany, zapraszamy na Wiertniczą. Zaproszenie przyjąłem i zostałem na kilka ładnych lat.

Czy fuzja n i Canal+ w jakikolwiek sposób wpłynęła na Twoją pracę? Jakie dostrzegasz plusy i minusy w swojej pracy po fuzji?
– Wiele się zmieniło. Fuzja to nie tylko zintegrowanie zawartości anten – nie znoszę słowa content – ale także połączenie zupełnie inaczej sprofilowanych redakcji. nSport był kanałem informacyjnym, tłukliśmy newsy na potęgę. Przynajmniej w pierwszym okresie. Chłopaki z Canalu natomiast żyli innym rytmem, wyznaczanym przez ligowe kolejki i porządek transmisji. Ja zaczynałem jako reporter, dzięki temu wiele się nauczyłem, ale po kolejnych kryzysach, cięciach i zwolnieniach zrozumiałem, że doszedłem do ściany. Był taki sezon ligi mistrzów, w trakcie którego stawałem na głowie, żeby wymyśleć coś nowego. Jeśli robisz piąty, dziesiąty materiał do studia przed meczem, to jeszcze możesz zachować w miarę świeże spojrzenie i uniknąć wtórności. Ale kiedy masz na koncie pięćdziesiąt takich materiałów, to wiesz, że wszystko już było. Stąd poszukiwania nowych konotacji, nowych form, jakieś cytaty z popkultury, jakiś Monthy Python albo Ulica Sezamkowa. Liga Mistrzów oglądana z perspektywy montażu „entego” materiału o Barcelonie czy ManU trochę mi się przejadła. Nie miałem szans, by robić coś innego. Firma cięła koszty i radykalnie ograniczała produkcję własnych programów.

Z drugiej strony, bardzo dobrze pracowało mi się przy programie Bez Ciśnień, który nie generował wielkich kosztów, a miał widownię. Tam można było puścić oko do widza i nieco sobie pofolgować. Trochę żałuję, że dziś nie ma na to miejsca w ramówce, ale jest cykl Złap Sport, który świetnie się sprawdza. Wracając do najważniejszych zmian – dzięki fuzji miałem przyjemność spotkać się na przykład z Ligue 1, mogłem zaangażować się też w Ligę Mistrzów piłkarzy ręcznych. Mogłem zrobić dokument o Świętej Wojnie. Słowem – jestem bliżej sportu. Wcześniej byłem w newsach, gdzie nie ma czasu na pełne zanurzenie się w danej dziedzinie. Teraz jestem bliżej żywego sportu. Śledzę dwanaście meczów Ligi Europy, siadam koło północy w dziupli i staram się powiedzieć coś ciekawego. To wspaniałe uczucie.

Czyli praktycznie same plusy. Kojarzony jesteś głównie z różnego typu magazynami i ceremoniami losowań. Często słyszę porównanie, że Krzysztof Bandych to polski Gianni Infantino. Nie przeszkadza Ci to? Nie wolałbyś być czołową postacią stacji, jak Andrzej Twarowski czy Tomasz Smokowski?
– Do genseka Infantino sporo mi brakuje. Różni nas pewnie wszystko, od fryzjera poczynając. Ja nie chciałbym się zajmować polityką, a Gianni musi to robić pracując od lat w organizacji takiej jak UEFA. Ale gdybym mówił płynnie w tylu językach co on, to byłbym zadowolony. Cóż, jakiś przypadek zdarzył, jakieś planety stanęły w koniunkcji i dawno temu dostałem przydział do Magazynu Ligi Mistrzów. Proszę napisać z dużej litery, bo po tylu latach znajomości z tym programem szacunek jest konieczny. Losowań było oczywiście mniej, ale też trafiły do mnie. Nie wiem dlaczego.

Co do redaktorów Twarowskiego i Smokowskiego – nie każdy może być Messim albo Zlatanem. Gdybym miał wybrać piłkarza, którego karierę mógłbym powtórzyć, to wybrałbym Javiera Zanettiego. Przez te wszystkie lata trybuny oklaskiwały zazwyczaj innych, tych którzy dryblowali albo zdobywali dziesiątki bramek, ale Zanetti na pewno nie był zazdrosny. Daję głowę, że czuł szczerą satysfakcję. Chciałbym po pewnym etapie swojej przygody z dziennikarstwem poczuć – zachowując proporcje – że tak jak niezmordowany Zanetti zapracowałem na swoje nazwisko.

Kontynuując ten wątek, mógłbyś oszacować ile magazynów piłkarskiej Ligi Mistrzów już przeczytałeś? Bo jeśli miałbym pytać o wszystko, to pewnie byłoby ciężko policzyć. Można Ciebie usłyszeć przecież także przy innych magazynach, chociażby magazyn EHF Ligi Mistrzów. Pamiętam nawet, że kiedyś byłeś lektorem w NBA ACTION, a koszykówka na codzień się nie zajmujesz.
– Nigdy nie opracowywałem magazynu NBA, to pomyłka. Wiem, że nie byłoby łatwo. Dla mnie kontakt z NBA urwał się po zakończeniu ery Stockton – Malone w Utah Jazz. Dziś opracowanie samego tekstu byłoby dużym wyzwaniem.

A liga mistrzów? Około trzydziestu Magazynów w sezonie. Sezonów dziewięć, więc łatwo obliczyć. Oczywiście nie wszystkie to ja opracowywałem, ale na pewno naczytałem przygniatającą większość.

W takim razie przepraszam, ale byłem tego pewny. Mój błąd. A jak wygląda takie opracowywanie Magazynu Ligi Mistrzów? Domyślam się, że to czasochłonne.
– Trzeba opracować tekst i naczytać go do zdjęć. Warto zachować rewolucyjną czujność, bo kilka, a może nawet kilkanaście razy zdarzyło się, że jakaś statystyka przywołana przez UEFA albo jakaś ciekawostka była błędna. Praca nad tekstem to kilka bitych godzin, czytanie jest o wiele krótsze, odbywa się niemal w czasie rzeczywistym. Pół godziny i po wszystkim. Współpracujemy z montażystą i dźwiękowcem, czytamy do bardzo czułych i dobrych mikrofonów i jak dotąd, jeszcze się nie spóźniliśmy z premierą.

Pełen profesjonalizm. Kończąc pierwszą część naszej rozmowy – masz jakiegoś dziennikarza na którym się wzorujesz? I kto, według Krzysztofa Bandycha, jest najlepszym komentatorem sportowym w Polsce?
– Nie tworzę swoich klasyfikacji, nie jestem w stanie powiedzieć, kto jest najlepszy. Pewnie trzeba by rozłożyć około stu ludzi na czynniki pierwsze i oceniać kolejne cechy warsztatu każdego z nich. Nie mam tyle czasu. Wiem, kogo cenię i lubię słuchać.

Andrzej Twarowski na przykład powinien dostać nagrodę od możnych świata Premier League za to, co potrafi zrobić z byle meczem tej ligi. Duety z Ligue 1, czyli Tomek Smokowski i Rafał Dębiński uzupełniani panem Stefanem Białasem sprawiają wrażenie, jakby znali tych wszystkich piłkarzy od kołyski. Słychać, że uwielbiają tę ligę i dobrze znają kraj. Serie A bez głosu Lipińskiego to trochę inna zabawa. Hiszpania, wiadomo, Rafał Wolski. Gdyby Wolski – piłkarz był tak przygotowany do gry w Fiorentinie jak Wolski – dziennikarz do komentarza, to szybko zapomnielibyśmy o rekordowych 7 bramkach Bońka w sezonie. Co dalej? Wyliczankę można ciągnąć w nieskończoność. Robert Małolepszy rządzi w rugby, Piotrek Karpiński świetnie rozumie piłkę ręczną i ma to, co charakteryzuje każdego z wymienionych. Jest sobą. To najważniejsze. Gdybyśmy dostali spisany komentarz Twarowskiego, Dębińskiego czy Małolepszego, to bez trudy rozpoznalibyśmy autora.

Natomiast co do wzorów… Jako nastolatek zostałem oczarowany działem sportu w Rzeczpospolitej. W latach 90., to była płachta wielka jak obrus, nie do czytania w autobusie. Ale w domu przy stole czy przy biurku jak najbardziej. Dygresje, wtręty, nawiązania, „niewynikowe” pisanie o sporcie. Taka była Rzepa. Dziś format tego dziennika jest inny, ale sport ciągle trzyma wysoki poziom.

To może teraz troszkę o handballu. Od 2007 roku, reprezentacja Polski w piłce ręcznej jest prawie na każdej imprezie w czołówce. Trzy brązowe medale, raz czwarte miejsce i raz finał MŚ, niestety przegrany. Czego brakuje naszej kadrze, żeby być na szczycie?
– Najbliżej złota byliśmy w 2007 roku. Po latach sami szczypiorniści przyznawali, że już przed finałem czuli się spełnieni. Polska była kopciuszkiem, a dotarła do meczu o złoto. Powinniśmy wygrać, ja bardzo żałuję tej szansy. Byliśmy piekielnie silni, mieliśmy ekipę gwiazd bez słabych punktów. Takie mistrzostwa szybko się nie powtórzą, bo trafiło nam się wspaniałe pokolenie. I tu możemy odpowiedzieć na pytanie o to, czego nam brakuje. Ludzi. Po prostu. We Francji ręczna to sport powszechny, tamtejszą ligę ogląda się wspaniale. Hiszpania ma wybitnych trenerów, których talent odkrywa teraz środkowa Europa. W Danii taśma produkcyjna wypuszcza na świat tabuny bardzo solidnie wyszkolonych zawodników, wśród nich są prawdziwe perły. Chorwaci do szczęścia potrzebują tylko jakiejś piłki i już. Albo zaczną seryjnie trafiać do bramek na parkiecie bądź trawie, albo do kosza. Niemcy to siła Bundesligi i tamtejszych tradycji. Słowenia to kolejny kraj, który szlifuje diamenty. Na tle drużyn z pierwszej ósemki ostatnich mistrzostw imponujemy nieprawdopodobną walecznością. Nigdy nie będziemy mieli komfortu, jaki mają francuscy kibice. Ich drużyna zawsze będzie silna, bo ma jakość. Nam czasem jakości brakuje, mamy krótką ławkę, ale nigdy się nie poddajemy. To dużo.

Michael Biegler czy Bogdan Wenta? Wielu krytykowało tego pierwszego, jednak wydaje się, że zamknął ‚hejterom’ usta. Z drugiej strony, nadal niektórzy fani uważają, że to bardziej sukces zawodników niż trenera…
– Dopóty sport ma sens, dopóki gramy o wynik. Michael Biegler zdobył medal mistrzostw świata i jest kimś. Jeśli to szkoleniowy sukces zawodników, to można się cieszyć, bo w takim razie wyrośnie nam kilku świetnych trenerów. Nie chcę oceniać Bieglera, w porównaniu z nim niewiele wiem o piłce ręcznej. Broni go wynik, nikt z otwartą przyłbicą nie wytyka mu błędów. Skoro główni zainteresowani nie mają zamiaru go krytykować, to tym bardziej ja, siedzący na trybunach, a nie na ławce zespołu, nie mogę tego robić.

Co do Wenty, jego czas się skończył. Formuła się spożyła, chemia panująca w jego zespole minęła. Ale to on wprowadził ten sport na salony i każdy kibic musi o tym pamiętać. Żałuję, że nie objął żadnego zespołu. Nie widzę go w polityce, przynajmniej nie w systemie demokratycznym.

W Twojej opinii, reprezentacja Polski za większy cel wyznacza sobie świetny występ przed własną publicznością na Mistrzostwach Europy czy jednak medal na Igrzyskach w Rio?
– Nie sądzę, by którykolwiek zawodnik stopniował cele, wybierał najważniejszy, mniej ważny i tak dalej. Być może w oderwanym od rzeczywistości snuciu planów na sportowe życie coś takiego się pojawia. Na przykład: a ja to bym chciał zdobyć złoto na igrzyskach i może jakiś medal gdzieś na mistrzostwach… Jednak kiedy już jesteś przed startem, przygotowujesz się do imprezy, grasz eliminacje albo widzisz plakaty czempionatu na ulicach, to nie kalkulujesz. Tak to sobie wyobrażam. Pewnie w czasie Euro zawodnicy poczują ciężar tej imprezy. Nasz kraj, nasze hale, kibice, media i tak dalej. Mobilizacja będzie wyjątkowa, ale nie sądzę by kadra świadomie stopniowała wagę mistrzowskich turniejów. Coś takiego można robić w turnieju towarzyskim, w walce o medale walczymy o pełną pulę.

To prawda, ale te siły trzeba będzie jakoś podzielić. Będą dwa turnieje w 6 miesięcy, dla piłkarzy ręcznych to dużo. Tym bardziej, że jak wspominałeś mamy krótką ławkę. Tymczasem Vive Tauron Kielce już niedługo zmierzy się po raz drugi w swojej historii w Final Four piłkarzy ręcznych. Ze strony medialnej i marketingowej, Kielczanie trafili na najlepszego rywala. Jednakże Barcelona to chyba najmocniejszy zespół w stawce. Jakie są szanse podopiecznych Talanta Dujszabajewa na turnieju w Kolonii?
– Wierzę, że stać ich na wszystko. Na papierze moja kolejność to Barca, Veszprem, Vive i THW. Ale papier przestanie się liczyć 30 maja. Dowód to ostatnie Final Four. W 2013 niewielu stawiało na HSV, rok temu Flensburg był skazywany na porażkę.

Kielczanie wiedzą już jak gra się w takim turnieju. Nie powinni popełnić błędów debiutanta. Przecież w 2013 roku przegrali z Barceloną pechowo. Teraz mogą się zrewanżować rywalom i być Flensburgiem tego finału. Talant Dujszebajew pewnie się do tego nie przyzna, ale według mnie od początku sezonu pracował z myślą o tym turnieju. To w Kolonii jego Vive ma zagrać najlepsze mecze.

Trzymamy kciuki za Kielczan. Niech to będzie historyczny turniej. A swoją drogą, możesz zdradzić co nc+ planuje na Final Four? Wybierasz się do Kolonii czy zostajesz w Warszawie?
– Chcemy opakować to wydarzenie tak, jak na to zasługuje, biorąc pod uwagę rangę turnieju i to, że zagra w nim Mistrz Polski. Będziemy mieli w Kolonii swoje studio, jesteśmy na etapie przygotowywania materiałów. Kilka rzeczy nakręcimy w Kielcach, co nieco w Warszawie. Byliśmy też w Płocku. Uważam, że kibice regularnie oglądający piłkę ręczną nie powinni się nudzić, a ci, którzy odkryją tę dyscyplinę dopiero przy okazji najbliższego Final Four, ulegną jej czarowi. Co do wyjazdu – w tym roku będę członkiem ekipy.

Trzymam za słowo. A co sądzisz o tym, że do 2020 roku wszystkie turnieje finałowe Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych odbędą się w mieście nad rzeką Ren? Promowanie piłki ręcznej to raczej nie jest.
– Jak śpiewał Kazik, mecenas daje złoto, mecenas wymaga. Bundesliga to najbogatsza i najlepsza liga na świecie. Szczypiorniak ma w Niemczech wierną widownię i pewnie gdyby w turnieju zabrakło ekipy z Bundesligi, to frekwencja i tak byłaby wysoka. Niewiele rynków – słowo rynek użyte celowo –daje takie gwarancje. Dania, Francja, może Polska, może Chorwacja. Ostatnio zdziwiła mnie publiczność na Węgrzech. Półfinały Ligi Mistrzyń rozegrano przy niemal pustych trybunach hali w Budapeszcie. Powód to brak Gyori w Final Four. A przecież Węgry to kraj, w którym gra się w piłkę ręczną. Mimo to, nie udało się zapełnić hali. Uważam, że sport bez kibiców nie ma sensu. Ci przebrani za fanów Kataru Hiszpanie to był Monty Python. Zabrakło tylko martwej papugi. Innymi słowy, Niemcy gwarantują pełną halę i wysoki poziom realizacji transmisji.

Najlepszy piłkarz ręczny na świecie to…?
– Pewnie Nikola Karabatić. Kompletny zawodnik, ma wszystko, także końskie zdrowie. Jednak gra w zespole, który w swojej lidze wszystkich rozstawia po kątach i śrubuje kolejne rekordy najwyższych zwycięstw i liczby zdobytych bramek w sezonie. Trochę inny los ma w Paryżu Mikkel Hansen. PSG czasem wygląda na boisku tak, jak bolid F1 bez kierowcy. Hansen sam łapie kierownicę i ratuje twarz milionerów. Uwielbiam gościa. Po pierwsze za grę – rozwija się z roku na rok. Po drugie – za charakter. Pasuje mi ten rodzaj „duńskiego wyciszenia”.

Wszystko co fajne, kiedyś się kończy. Dziękuję bardzo za rozmowę i powodzenia w dalszym rozwoju w dziennikarstwie!
– Dzięki.

Rozmawiał Artur Kwiatkowski

About Artur Kwiatkowski