Wywiad z Leszkiem Bartnickim

Po dłuższej przerwie spowodowanej różnymi czynnikami przyrodniczymi wracamy z kolejnym wywiadem. Tym razem przesłuchaliśmy Leszka Bartnickiego, dziennikarza Orange sport. Jak Leszek trafił do „pomarańczowej” stacji? Gdzie pracował wcześniej? Czym się interesuje? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie tutaj! Zapraszam do lektury. […]

Po dłuższej przerwie spowodowanej różnymi czynnikami przyrodniczymi wracamy z kolejnym wywiadem. Tym razem przesłuchaliśmy Leszka Bartnickiego, dziennikarza Orange sport. Jak Leszek trafił do „pomarańczowej” stacji? Gdzie pracował wcześniej? Czym się interesuje? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie tutaj! Zapraszam do lektury.

Leszek Bartnicki

Jak to się wszystko zaczęło, że został Pan dziennikarzem?

Jak każdy młody chłopak interesowałem się sportem. Tata dał mi prawo wyboru dyscypliny, bo zabierał mnie na piłkę nożną, koszykówkę, żużel. Najbardziej polubiłem piłkę, a od MŚ we Włoszech to już było zainteresowanie świadome i na poważnie. „Piłkę Nożną” zacząłem kupować w II klasie podstawówki, czyli w 1990 roku. I tak to się rozkręcało. Próbowałem różnych form „kontaktu” z futbolem. Trochę trenowałem, ale bez sukcesów. Lepiej szło mi sędziowanie (ponad 400 meczów). „Dziennikarstwo” zaczęło się podczas studiów. Mój kolega pisał do „Tygodnika Kibica” i przy jego pomocy, udało mi się na początku 2003 roku opublikować swój pierwszy artykuł. To był tekst o Pawle Abbocie, który wówczas brylował w niższych ligach angielskich, a w Polsce był prawie nieznany.

Kiedy trafił Pan do nSport i w jakich okolicznościach?

To był 2006 rok. Akurat sposobiłem się do obrony pracy magisterskiej z ekonomii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (oczywiście temat pracy był związany z piłką). W gazecie znalazłem ogłoszenie, że TVN otwiera kanał sportowy i szukają ludzi. Wtedy już marzyłem o tym, by kiedyś komentować mecze. Wysłałem CV i list motywacyjny. Ale jakoś specjalnie o tym nie myślałem. Po obronie, przygotowywałem się z moim przyjacielem do wyjazdu do Rumunii w Góry Fogaraskie. I wtedy dostałem list z TVN-u, że zapraszają mnie na rozmowę do Warszawy. Miałem dylemat: góry czy rozmowa o pracę. Na szczęście mój kumpel powiedział, że to dla mnie życiowa szansa, a góry poczekają na nas. W Warszawie miałem rozmowę z Mariuszem Walterem, Grzegorzem Płazą i Krzysztofem Wyrzykowskim. No i chyba wypadłem nieźle, skoro później dostałem telefon, ze chcą mnie przyjąć do pracy.

Jaką rolę pełnił Pan w nSporcie?

To był dla mnie szkoła życia, nie tylko dziennikarskiego. „Uczyłem się” telewizji. W redakcji spędzałem często po kilkanaście godzin dziennie. Zaczynałem jako redaktor przy tworzeniu serwisów informacyjnych, potem zacząłem również jeździć jako reporter, a jeszcze później komentować mecze Ligi Mistrzów. To już było coś!

Było „coś” jeszcze przed pracą w nSport?

Jak już wspominałem zaczynałem od „Tygodnika Kibica” i byłem z nim związany przez prawie dekadę (aż do zamknięcia tej gazety). Zaczynałem od opisywania letniego Pucharu Intertoto. Później miałem pod sobą ligi: portugalską, holenderską i belgijską. Oczywiście pisałem też na inne tematy. Już podczas pracy w nSporcie, byłem też przez pewien czas szefem działu piłkarskiego w portalu sport24.pl.

Później Orange sport zgłosił się sam czy był jakiś casting?

Nawet nie wiedziałem, że powstaje taki kanał, gdy pewnego dnia zadzwonił do mnie Janusz Basałaj. Poznaliśmy się kiedyś podczas służbowego wyjazdu do Brukseli i Dortmundu. Później zdarzyło nam się kilka razy skomentować razem mecz. Janusz spytał, czy byłbym zainteresowany przejściem do Orange sport i zajmowaniem się Ekstraklasą. Spotkałem się kilka razy z nim i ówczesnymi francuskimi szefami, no i tak od 2008 aż do dziś jestem w Orange sport.

Czy program „Ani słowa o polityce” jest jakimś Pana spełnionym marzeniem?

Tak bym tego nie określił. Ale to na pewno bardzo ciekawa „odskocznia” dla mnie. Mam okazję poznać i porozmawiać z osobami spoza świata sportu. To wymaga jednak nieco innego języka, innego przygotowywania się itp.. Cieszę się, bo pokazuję w tym programie „ludzką twarz” polityków. Było ich już ok. 50 i ciągle przychodzą kolejni, więc chyba program ma dobrą opinię. Przy okazji niektórym tak się spodobało u mnie w programie, że później np. zapraszają mnie do Sejmu na kawę, żeby sobie znowu porozmawiać (ale już bez kamer).

Interesuje się Pan polityką?

Lubię wiedzieć co się dzieje na świecie. Czytam nie tylko sportową prasę. Ale jest wiele przyjemniejszych rzeczy do „interesowania się” nimi niż polityka. Chociaż wielu moich znajomych pyta mnie, czy moim kolejnym krokiem będzie kariera polityczna.

Skąd wzięło się zainteresowanie sportem?

Tak jak wspominałem na początku, na pewno duża w tym zasługa taty, chociaż co ciekawe, on zdecydowanie woli lekkoatletykę niż piłkę nożną. Poza tym chyba każdy młody chłopak lubi sport, ale nie każdemu to później zostaje.

Preferuje Pan jeszcze jakiś sport oprócz piłki nożnej?

W czasach szkoły podstawowej trenowałem szachy i zdobywałem medale mistrzostw województwa w swojej kategorii wiekowej. Dzięki wyjazdom na turnieje szachowe, pierwszy raz pojechałem zagranicę. Ale dziś gram już bardzo rzadko. Jeśli chodzi o dyscypliny, którymi się interesuję, to drugie po piłce nożnej jest kolarstwo szosowe. Ale generalnie staram się orientować w wielu dyscyplinach, tym bardziej, że jestem w Orange sport także wydawcą wieczornego podsumowania dnia („Sport raport 24”).

Skąd pasja do ligi portugalskiej czy też niemieckiej?

Dorastałem w czasach, gdy dostęp do klubowej piłki zagranicznej w tv nie był taki jak teraz. W kablówce miałem Sat1 i bardzo lubiłem sobotni program ligowy „Ran Fussball Magazin”. Poza tym ważnymi postaciami w swoich klubach Bundesligi byli wtedy Polacy. Stąd została mi sympatia do ligi niemieckiej. Poza tym była geograficznie „najbliższa”.

Z portugalską było inaczej. Gdy red. Ryszard Drewniak w „Tygodniku Kibica” zaproponował mi zajmowanie się tą ligą wiedziałem o niej tyle co przeciętny kibic. Ale z czasem poznawałem ją coraz lepiej. Kiedy trafiłem do Orange sport, to w ofercie tej stacji była liga portugalska i zacząłem ją komentować, dzięki czemu „kontakt” z nią był jeszcze większy. Z czasem zacząłem się jeszcze bardziej interesować Portugalią (nie tylko piłką), planować tam urlopy. Nawet w podróż poślubną pojechaliśmy z żoną do Portugalii i oczywiście na trasie musiały się znaleźć: Da Luz, Jose Alvalade, Estadio do Dragao, Estadio AXA w Bradze i kilka innych. Bardzo żałuję, że od tego sezonu Liga ZON Sagres zniknęła z naszej oferty, tym bardziej, że w tym sezonie walka o mistrza zapowiada się bardzo pasjonująco.

Często komentuje Pan z Andrzejem Iwanem. Jak układa się ta współpraca?

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Zimny lutowy dzień 2009 roku, stadion w Bytomiu. Komentowaliśmy mecz Polonii z Wisłą, zakończony remisem 1:1. Wtedy był dla mnie „Panem Andrzejem”, dziś jest po prostu „Ajwenem”. „Ajwen” to jeden z moich najlepszych kumpli i mam nadzieję, że on powiedziałby o mnie to samo. Spędzamy ze sobą sporo czasu i przejeżdżamy razem wiele kilometrów. Charakterologicznie jesteśmy zupełnie inni, ale przeciwieństwa się podobno przyciągają. Łączy nas miłość do piłki i podobne poczucie humoru.

Mówi się, że Pan i Mateusz Święcicki stanowicie trzon Orange sport.

Zazwyczaj w stacji sportowej, z racji popularności tej dyscypliny, piłka nożna jest oknem wystawowym. Ja i Mateusz jesteśmy w Orange sport od dawna. Komentujemy mecze, prowadzimy i współtworzymy najważniejsze programy piłkarskie. Nie tylko zawodowo, ale i prywatnie jesteśmy wielkimi pasjonatami piłki. Stąd być może taka opinia.

Janusz Basałaj nie chciał zabrać Pana do redakcji PZPN?

Symulacje komputerowe pokazały, że nie pasuje mi garnitur z logo PZPN.

Były jakieś oferty z innych telewizji?

W naszej branży lepiej mówić tylko o tym, co jest w trybie dokonanym.

Ma Pan jakiś przyjaciół wśród dziennikarzy?

Mam wielu kolegów, niemal w każdej redakcji sportowej. Najlepsi kumple wśród dziennikarzy, to jeszcze osoby, które poznałem w nSporcie. Marek Kleitz (dziś komentator piłkarski w Polsacie Sport) i Maciek Bonecki (specjalista od wielu dyscyplin, znakomicie komentujący pływanie w Eurosporcie).

Ma Pan może jakiegoś idola czy osobę, którą Pan naśladuje przy wykonywaniu zawodu dziennikarza?

Idola nie, chociaż mam swoich ulubionych. Najbliżej do tego miana Panu Krzysztofowi Wyrzykowskiemu, super gość, wielka klasa. Ale oczywiście u wielu osób można coś podpatrzeć, czegoś się od nich nauczyć.

Trudniej komentuje się I Ligę Polską od Ekstraklasy? Jak się Pan przygotowuje?

Hmmm, czy trudniej? Na pewno trudniej się przygotowywać. O I lidze mało piszą w gazetach, nie wszystkie kluby mają nawet aktualne strony internetowe, tylko 2 mecze w kolejce są transmitowane, piłkarze nie są tak rozpoznawalni. Z drugiej strony w I lidze ludzie są bardziej otwarci, przyjaźniej nastawieni. Sporo rozmawiam telefonicznie z trenerami, działaczami, także piłkarzami i stąd czerpie wiele ciekawych informacji. Oczywiście staram się też oglądać jak najwięcej meczów, także te, które mamy nagrane tylko na jedną kamerę. Poza tym komentowanie ze stadionu daje możliwość spotykania się przed i po meczu, a to też możliwość zdobycia informacji.

Najbardziej zapamiętany program lub transmisja, którą Pan komentował to…

Powiem o dwóch meczach. Fantastycznym przeżyciem było skomentowanie ze Stadionu Olimpijskiego w Berlinie finału Pucharu Niemiec 2012. Borussia Dortmund pokonała Bayern 5:2. To był znakomity mecz, wspaniała atmosfera na trybunach, Robert Lewandowski strzelił 3 gole, a Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek tez spisali się znakomicie.

Zapamiętałem też, choć z zupełnie innego powodu, mecz eliminacji Ligi Europy, Legia – Metalurgs Lipawa. Tuż przed meczem fatalnie się poczułem. Komentowałem z Łazienkowskiej razem z Andrzejem Iwanem i podczas I połowy 3 razy wymiotowałem. Jakoś wytrzymałem do końca meczu, a gdy wróciłem do domu okazało się, że mam ponad 39 stopni gorączki. To była grypa żołądkowa.

Ma Pan dobre kontakty z piłkarzami / trenerami?

Oczywiście przez te lata z niektórymi się dobrze zakolegowałem. Niektórych trenerów poznałem bardzo dobrze dzięki temu, że razem komentowaliśmy. Wśród piłkarzy tez mam kumpli. Jeden z obecnych reprezentantów Polski zaprosił mnie nawet swoje wesele.

Jaki prywatnie jest Leszek Bartnicki?

Oj to chyba pytanie nie do mnie. Ale spróbuję na nie odpowiedzieć. Jestem 31-letnim gościem, który idealnie pasuje do psychologicznego opisu pracoholika. Wszystko przez to, że nie potrafię oddzielić pracy od hobby. Oprócz sportu interesuję się np. historią XX wieku, geografią. Uwielbiam chodzić po górach. Czas wolny, a nie mam go wiele, staram się poświęcić rodzinie, czyli żonie Basi i synkowi Adasiowi. Jeszcze w tym roku urodzi nam się drugi syn, więc dojdą mi kolejne obowiązki.

Wiem też, że interesuje się Pan oprócz portugalskiej piłki, także holenderską. Poproszę zatem krótki komentarz odnośnie losowania MŚ 2014.

Mam wrażenie, że to będą najlepsze mistrzostwa od wielu lat, bo praktycznie nie ma słabych drużyn. Historia każe przypuszczać, że skoro mundial jest w Ameryce Płd., to wygra Brazylia lub Argentyna. Jeśli chodzi o Holandię, to tradycyjnie jest ładnie z przodu i gorzej z tyłu. Ale uważam, że z grupy wyjdą, a nawet mogą ją wygrać, ale medalu nie zdobędą.

Jakie plany na przyszłość ma Leszek Bartnicki?

Przede wszystkim chciałbym dalej zarabiać pieniądze robiąc to co lubię.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również i pozdrawiam.

Autograf Bartnickiego

Rozmawiał Piotr Barwaśny (sportnaekranie.pl)

About Piotr Barwaśny